DZIEŃ I (06-07.11.2012)

O godzinie 19.30 wylecieliśmy 9 osobową ekipą z Krakowa do Tajlandii na wyprawę fotograficzną. W tej chwili jesteśmy już w hotelu i po lekko zakrapianej kolacji staramy się odespać podróż… Pozdrawiamy i zapraszamy do śledzenia kolejnych wpisów z podróży, które będą codziennie rozszerzały ten wpis! Szczegółowy program wyprawy tutaj.

 

DZIEŃ II (08.11.2012)

O 9 rano zebraliśmy się pod hotelem Nasa Vegas i wyruszyliśmy, na Prathunam – ogromnej dzielnicy handlowej, gdzie zmierzyliśmy się trudami fotografii ulicznej (niektórzy uzupełnili zapas klapek i t-shirtów na najblisze 5 lat).

Z wielkiego tajskiego bazaru, przeszliśmy spacerem po ulicy Thanon Rama I, gdzie architektura Bangkoku z lat wojny wietnamskiej miesza się z dzisiejszymi nowoczesnymi konstrukcjami – prawdziwy melanż estetyczny.

Zmęczeni upałem, tłumem i wilgocią wiszącą w powietrzu zatrzymaliśmy się na tajski obiad i odwiedziliśmy „Jim Thomson House” – niezwykłą oazę spokoju, która jest domem/muzeum położonym zaledwie 300m od ruchliwej arterii. Tutaj między drewnianymi domkami otoczonymi w zarośniętym malowniczym ogrodem, obejrzeliśmy jak wytwarzało się jedwab…

Na koniec dnia Tuk-Tuk’ami przejechaliśmy do Khao San Rd. i Rambuttri Village gdzie zjedliśmy pyszną kolację i oddaliśmy się tajskim masażom. Wieczorem powrót do hotelu, backup materiału i omówienie zdjęć w szacownym towarzystwie Jacka Danielsa.

 

 

DZIEŃ III (09.11.2012)

Tematem tego dnia był portret fotografowany z bliska (ogniskowa ok. 24mm). Bawiliśmy się w przełamywanie obaw przed portretowaniem obcych ludzi. Początkowo wszyscy czuli się nie pewnie ale pod koniec dnia, każdy miał już kilka close up’ów, które jako całość pojawią się gdzieś w kolejnych relacjach. Programowo tego dnia z samego rana wyruszyliśmy obejrzeć Big Buddah, który znajduje się niedaleko mostu Królewskiego. Sama świątynia wyglądała miejscami jak bazar i mimo kilku modlących się Tajów/Tajek, całość sprawia wrażenie bardzo komercyjnego miejsca. Mimo wszystko sam wielki Buddah robi duże wrażenie i udało się popełnić tam kilka klimatycznych zdjęć.

Plan przepłynięcia rzeką do Wat Pho (najdłuższego leżącego Buddah na świecie), niestety popsół nam sam król, który zamknął rzekę żeby samemu się nią przepłynąć i uczcić dzień mostu Królewskiego. Jednak wyjątkowy zbieg okoliczności spowodował, że trafiliśmy na święto mostu królewskiego, i rejs króla po rzece.

W związku z tym musieliśmy zrezygnować z wcześniej zaplanowanego transportu wodnego i dzięki miejscowym Tuk-Tuk’om, bez problemu dostaliśmy się do kompleksu świątyń. Tutaj było zdecydowanie spokojniej i mieliśmy okazję poczuć magię tego miejsca. Niesamowita architektura, konieczność poruszania się boso i ciche świątynie z medytującymi Tajami naprawdę robiły wrażenie.

Kolejnym punktem wycieczki było China Town, gdzie zjedliśmy miejscowe, specjały i obkupiliśmy się w letnio-zimowe kolekcje chińskich podróbek przyzwoitej jakości.

Po tym wykańczającym dniu urządziliśmy sobie dłuższy spacer po pięknym parku Lumphini, gdzie ku naszemu zdziwieniu, na wolności między ławkami parku biegły ogromne warany. Trzeba było na nie uważać, zdecydowanie bardziej niż na polskie wiewiórki.

Na wieczór wróciliśmy do domu, a Ci mniej wykończeni uczestnicy ruszyli posmakować Bangkoku nocą.

 

 

DZIEŃ IV (10.11.2012)

To był wyjątkowo ciężki dzień, szczególnie dla tych, którzy kosztowania nocnego życia w Bangkoku zaprzestali o 4.00 rano. Już o 5.00 mieliśmy zbiórkę pod hotelem i przejazd kolejką do Kambodży. Wszyscy będą długo wspominali tą wyjątkową podróż. Brak klimatyzacji, pociąg z którego całkiem łatwo wypaść poruszając się miedzy wagonami i cała masa miejscowych Tajów wkoło. Później kolejka na granicy, gdzie mieliśmy okazje postać sobie z bagażami w 35st.C i ok. 17.00 dotarliśmy wykończeni do hotelu. Kolacja, zimne piwko i wszyscy padliśmy przed 20.00. Jutro chillout w hotelowym basenie i spacer po okolicy – czyli dzień odpoczynku. Poniżej film z pociągu i kilka kadrów, które pomogą zobrazować ten wyjątkowy środek transportu:









 

 

DZIEŃ V (11.11.2012)

Tego dnia wstaliśmy około godziny 10.00 (w końcu to również urlop i czasami trzeba się wyspać). Hotel Jasmine, w którym się zakwaterowaliśmy to malutki kameralny budynek, otoczony palmami z prywatnym basenem, do którego można wskoczyć, niemalże z pokoju.

Ponieważ to luźniejszy programowo dzień, więc część została się poopalać, doładować baterię i zażyć chłodnej kąpieli. Natomiast reszta udała się na eksplorację miasta.


Poza dziećmi śpiącymi w aptece, natrafiliśmy na bardzo klimatyczny targ, na którym spędziliśmy sporo czasu.



Okazuje się, że na targu handlem zajmują się nie tylko dorośli, ale również…

Na koniec dnia zaliczyliśmy, masaże, pedicure, manicure, itp. Jutro pobudka o 4 rano i Angkor Wat!

 

 

DZIEŃ VI (12.11.2012)

Jeszcze przed wschodem słońca wyruszyliśmy Tuk-Tuk’ami w stronę Angkor Wat. Na miejscu nie łatwo było o znalezienie czystego kadru. Tłumy turystów oczekiwały na malowniczy wschód słońca nad świątynią.

Chwilę po wschodzie ruszył wyścig w kierunku drzwi wejściowych. W środku, zdjęcia dało się robić tylko przez kilka minut. Chwilę później wszystkie pomieszczenia wypełnili kolorowi zwiedzający, psując każde ujęcie.


Następnie cały orszak Tuk-Tuk’ów, samochodów, autobusów i pieszych ruszył mostem w stronę Tarasów Słoni.


Kilka następnych świątyń ominęliśmy, licząc na to, że dzięki temu wyprzedzimy tych, którzy zaglądają wszędzie. Plan się powiódł i do świątyni, w której kręcono Tomb Rider’a dotarliśmy z niewielkim ogonem. Dzięki temu udało się znaleźć kilka ujęć, między innymi mnicha-fotografa, lub turystę przebranego za mnicha.




Pobyt w dżungli dał się wszystkim we znaki i po powrocie wszyscy grzecznie położyli się spać.

 

 

DZIEŃ VII (13.11.2012)

Tego dnia większość zrobiła sobie wolne od fotografowania. Znalazły się jednak 3 osoby chętne do odwiedzenia pobliskiego sierocińca. To co zastaliśmy na miejscu chyba wszystkim zapadnie w pamięci. Dwa małe pomieszczenia (ok. 20mkw) i żyjące w nich 35 dzieciaków z opiekunem. Poniżej informacja o tym miejscu, potrzebują nie tylko pieniędzy ale i zeszytów, długopisów, itp… Gdyby ktoś myślał o paczce na Święta to może być dobry pomysł…




 

 

DZIEŃ VIII (14.11.2012)

Kolejna pobudka o 5 rano i wyruszamy prosto do Kompong Phluk (pływającej wioski).
Miejsce bardzo urokliwe i zaskakujące, sześcioletnie dzieci do szkoły dopływają dużymi łodziami, samodzielnie napędzając łódź wiosłem większym od siebie.




W między czasie trafiliśmy do farmy krokodyli, którą nazwałbym raczej domową hodowlą starszej Pani….

Końcówkę dnia spędziliśmy nad basenem.

 

 

DZIEŃ IX (15.11.2012)

Dziewiąty dzień wyprawy to całodniowa podróż z Kambodży na Koh Chang (tajską wyspę słoni). Najpierw „prawie klimatyzowany” bus do granicy, tam kolejka w upale, przesiadka w kolejny „prawie klimatyzowany” bus, godzina na promie i o godzinie 20.00 wymarzony skok do basenu prosto z bunglowu.

 

 

DZIEŃ X (16.11.2012)

Dziesiąty dzień wyprawy poświęciliśmy aklimatyzacji na wyspie. Aparaty zostawiliśmy w bungalowach i ruszyliśmy na plażę łapać brąz.

 

 

DZIEŃ XI (17.11.2012)

Tak wyglądał trekking na słoniach przez dżunglę zakończony wspólną kąpielą ;)



 

 

DZIEŃ XII (18.11.2012)

Dwunastego dnia wybraliśmy się łodzią na snorkeling wokół 5 małych wysp. W zasadzie cały dzień zszedł nam na nurkowaniu i podziwianiu widoków przypominających o zbliżającym się końcu świata…

 

 

DZIEŃ XIII, XIV i XV (19,21,22.11.2012)

Trzynastego dnia przetransportowaliśmy się do Bangkoku, gdzie następnego dnia wszyscy ruszyli na zakupy i ostatnie masaże. Wieczorem odwiedziliśmy miejscowe piekiełko (na szczęście bez aparatów). Ostatni dzień to w zasadzie pakowanie i transport na lotnisko. Wszyscy lekko zmęczeni, ale z uśmiechem na twarzy wróciliśmy do zimnej, szarej, grudniowej Polski…